Każdy, kto lubi czytać, zastanawiał się na pewno nad jakimś czytnikiem. Ja nie jestem w tym względzie wyjątkiem. A że nie wszystko da się przeczytać na papierze (choćby dlatego że nigdy nie wyszło drukiem a nie warto tego “na jeden raz” drukować), od zawsze starałem się zamienić komputer na coś, z czym można usiąść jak z książką…

Od zawsze czytałem na telefonach komórkowych, na wszelkiej maści PDA, a ostatnio również sprawiłem sobie Kindle.

Wreszcie, Kindle.

Tylko że… w przeciwieństwie do 99,9% użytkowników Kindle, nie jestem tak do końca zadowolony…

Rozpakowanie i pierwsze wrażenia

Kindle jakie jest, każdy widzi. Więc nie będę nawet robił zdjęć… Kurier przywiózł je (sama przesyłka USA->Polska idzie ekspresem lotniczym, ale odprawa celna ekspresowa już nie jest, więc realny czas dostawy to od 4 dni roboczych do dwóch tygodni) w ekologicznym opakowaniu będącym jednocześnie kartonową paczką i całkiem estetycznym pudełkiem. W środku znajdowały się jedynie czytnik, kabel USB (wersja micro-USB) oraz bardzo skrócona instrukcja. Ładowarki brak, osoby które chciały by żeby Kindle był “niezależny od komputera nawet w przypadku ładowania” muszą ładowarkę nabyć oddzielnie (albo używać ładowarki od komórek z wtyczką micro-USB, ponoć działają, nie sprawdzałem).

Pierwsze co należy zrobić, to czytnik naładować. Na wyświetlaczu wita nas napis “czytnik jest rozładowany, zanim zaczniesz go używać podłącz go do ładowania i poczekaj aż się włączy, i zniknie ten napis”. Samo ładowanie trwa przeraźliwie długo. Przyzwyczajony że nawet iPhone ładuje się w dwie godziny, pierwsze pełne ładowanie Kindle trwało prawie pięć godzin. Kolejne wcale nie krócej, choć za drugim razem ładował się przez noc bo nie chciało mi się czekać…

Jako że wziąłem wersję WiFi+3G, po włączeniu Kindle automatycznie zsynchronizował się z Amazonem, pobrał książkę (którą zdążyłem na próbę kupić jeszcze zanim przyszedł sam czytnik) i można było go wypróbować.

Kindle wykonane jest nieźle i z niezłych materiałów. Estetyczny wygląd, nie za ciężkie (swobodnie daje się trzymać w jednej ręce nawet przez długi czas, zupełnie jak książka), plecki – dla lepszej przyczepności palców – pokryte są gumowanym tworzywem.

Oczywistości

Pierwsze na co zwraca się uwagę to wyświetlacz – jest po prostu rewelacyjny. Kindle 3G (trzeciej generacji) posiada wyświetlacz w wersji “Pearl” – jaśniejszy i z lepszym kontrastem. I nie jest to jedynie marketingowe bajdurzenie. W porównaniu do innych czytników, które widziałem i używałem (empikowy i onyx boox 60) jest to jak porównanie “świeżo wydrukowanego” paragonu z wyblakłym już paragonem.

Samo czytanie umila fakt, iż Kindle pozwala na wybór jednego z trzech fontów (szeryfowy, szeryfowy wąski i bezszeryfowy), kilku rozmiarów tekstu, odstępów między wierszami oraz szerokości kolumny. Więc każdy jest w stanie ustawić sobie tekst “dokładnie tak, jak ma być”.

Do tego – wbrew recenzjom, które czytałem – Kindle w bardzo sprytny sposób załatwia justowanie.

Jeśli jest to możliwe (jeśli odstępy między słowami nie będą zbyt duże) tekst w linijce jest najnormalniej w świecie wyjustowany. Jednakże, jeśli odstęp wyszedł by zbyt duży (np. ostatnie – nie mieszczące się w linijce – słowo było zbyt długie, nie jest to wcale takie rzadkie w języku polskim), wówczas tekst w linijce jest zwyczajnie wyrównany do lewej… a tak powstałe “normalne” odstępy między słowami wcale nie odróżniają się wizualnie od “wyjustowanych”.

Jest to najlepsze rozwiązanie jakie do tej pory widziałem… oczywiście poza “normalnym” justowaniem + podziałem długich słów (wg. słownika, nie “tam gdzie akurat wypadnie”).

Interfejs i obsługa

Interfejs użytkownika jest taki sobie. Z jednej strony użyteczny i funkcjonalny, z drugiej już po dłuższej chwili używanie go staje się nużące. Choć nie mam też pomysłu jak to lepiej załatwić (chyba tylko tak jak w jednym z czytników SONY, gdzie elementy na wyświetlaczu zawsze odpowiadają wierszami przyciskom na krawędzi wyświetlacza – po jednym przycisku dla wiersza).

Do poruszania się po interfejsie służy “pięciokierunkowy” przycisk znajdujący po prawej stronie klawiatury, oraz słynne przyciski znajdujące się po bokach czytnika (zarówno po lewej jak i po prawej stronie, duży przycisk to “następna strona”, mały zaś to “poprzednia strona”).

Klikania jest co nie miara, każdy wybór książki, każdy wybór opcji, wiążą się z mozolnym klik-klik-klik… choć może to tylko przyzwyczajenie (rozpieszczenie?) do iPhone’a i Palma, oba w końcu dotykowe. Nie mogę się przy tym oprzeć wrażeniu, że wreszcie (raczej szybciej niż później) “wyklikam” te przyciski… choć muszę przyznać że dawno już, żadne mechaniczne przyciski nie zrobiły na mnie tak dobrego wrażenia ja te w Kindle. Wciskając je słychać wyraźne, mocne “kliknięcie”. Nie sprawiają one wrażenia, jakby miały się ot-tak po miesiącu zużyć.

Może by coś poczytać…?

Aby coś przeczytać, należy to wrzucić na czytnik. Do wyboru mamy kilka sposobów. Tradycyjny przez kabel USB, nowoczesny przez WiFi (po wysłaniu na przypisany do czytnika adres @kindle.com lub @free.kindle.com) oraz bardzo nowoczesny – przynajmniej dla wersji z 3G – dostarczenie przez sieć komórkową i extra płatny (po wysłaniu na adres @kindle.com – $0.99 za każdy megabajt w zaokrągleniu do pełnego megabajta). W zasadzie opłatę można obejść nawet podczas korzystania z połączenia 3G, ponieważ formaty obsługiwane przez Kindle można pobrać bezpośrednio przez przeglądarkę – zostaniemy wówczas zapytani czy chcemy pobrać plik, znajdujący się pod klikniętym linkiem…

Bardzo brakuje mi jednak możliwości włożenia do czytnika karty SD. I nie chodzi tu o powiększanie pamięci (jest jej wszak 4GB, jak na książki jest to bardzo dużo), a o wygodę. Po pierwsze łatwiej jest wyjąć kartę z Kindle, włożyć ją do laptopa/komputera a następnie ponownie do Kindle. Po drugie czasem można po prostu nie mieć przy sobie tego śmiesznego kabelka micro-USB a czytnik kart SD jest obecnie chyba w każdym laptopie i w wielu stacjonarnych komputerach zwyczajnie zamiast stacji dyskietek. Po trzecie kart takich można mieć kilka, więc w prosty sposób można segregować sobie na nich posiadane teksty.

Właśnie, segregowanie. Teksty (świadomie nie piszę “książki”) trzymane na Kindle to jeden wielki burdel. Niby można posegregować je alfabetycznie, wg. ostatnio czytanych, nawet w jakichś zarządzanych przez użytkownikach “kolekcjach”, można nawet wyszukiwać (wpisujemy na klawiaturze kawałek tytułu i klikamy “enter”)… ale powiedzmy szczerze. Brakuje tego, co od dawna mamy na odtwarzaczach MP3. Czyli prostego segregowania po folderach albo “po tagach”. Obecnie niezależnie jak i gdzie wrzucimy pliki AZW/MOBI/TXT/PDF, lądują one w jednym, wielkim “worze”… i tak już zostają. Nawet kolekcje niewiele pomagają. Jedyne zastosowanie dla tworzenia folderów na Kindle jest takie, żeby potem się nie pogubić który plik zawiera jaką książkę (np. te z gutenberga mają kompletnie niewymowne nazwy) albo żeby po przeczytaniu usunąć jakąś serię za jednym zamachem nie bawiąc się w przeklikiwanie menu Kindle.

Już słyszę wiele oburzonych głosów “ale co mówisz, kolekcje są wspaniałe, a w ogóle to próbowałeś używać Calibre?! przecież on robi kolekcje z poziomu komputera i nie ma żadnego problemu”… może i tak, ale jakbym chciał się uzależniać od komputera, to kupił bym iPada i używał do spółki z iTunes… więc Calibre nie używam.

Obsługiwane formaty

Podstawowym formatem czytanym przez Kindle jest format MOBI. Niektórzy znają (popularny format na czytniki na PDA/Palmy/komórki) inni nie. Pliki AZW to w zasadzie to samo co pliki MOBI (można im zwyczajnie zmienić rozszerzenie i używać zamiennie).

Co może dla niektórych będzie zaskakujące, Kindle nie czyta aktualnego standardu ebooków – plików ePub. Jeszcze. Ponoć firmware pozwalający na ich czytanie ukaże się w bliżej nieokreślonej przyszłości…

Poza tym Kindle czyta jeszcze pliki PRC, ale osoby z kolekcją tekstów przygotowanych “na Palma” nie mają się z czego cieszyć, ponieważ nie są to dowolne pliki na palma (zTxt, PalmDoc, Plucker) tylko ponownie pliki MOBI.

Za to Kindle czyta pliki TXT. Do tego – o ile taki plik zapisany jest w kodowaniu UTF-8 – może być zapisany w dowolnym języku. Kindle obsługuje Unikod, więc nie ma problemu z żadnym pismem jakie sprawdziłem: łacińskie (z dowolnymi diakrytykami), greckie, cyrylica, hanzi (chińskie), kanji/kana (japońskie), hangul (koreańskie), dewanagari (hinduskie), khmeri, gruzińskie, armejskie… potem skończyły mi się pomysły. Jedyne czego nie udało mi się odczytać wprost z pliku TXT (a wiem że Kindle je wyświetla, bo wyświetlają się przykładowo w przeglądarce) to języki zapisywane od prawej do lewej – arabski i hebrajski.

Na koniec należało by zaznaczyć że Kindle wyświetla pliki PDF, nawet te “skomplikowane”. Jedyny problem polega na tym, że jeśli plik PDF nie został przygotowany z myślą o czytniku z małym bądź co bądź wyświetlaczem, po prostu niewiele widać. Jednak 6 cali i wyświetlacz 600×800 pikseli to mało. Nawet jeśli Kindle stara się automatycznie usuwać puste marginesy wokół tekstu (co swoją drogą całkiem nieźle mu wychodzi… ale tylko na niektórych plikach PDF, na innych tego nie robi).

Kindle pozwala co prawda na czytanie “bokiem” (na szerokość wyświetlacza), ale takie a nie inne ułożenie przycisków skutecznie to uniemożliwia – nie jestem w stanie wygodnie czytać w poprzek i wciskać przycisk “dalej” znajdujący się do wyboru centralnie na środku pod tekstem albo centralnie na środku nad tekstem. Wygodne było by przykładowo wciskanie spacji (będącej teraz na boku), ale spacja w ten sposób nie działa… przynajmniej nie w plikach PDF (a innych w zasadzie nie ma sensu czytać na szerokość).

Na Kindle można jeszcze przeglądać internet – przeglądarka jest nadspodziewanie wygodna i użyteczna, nie licząc tego że renderowanie jest dość powolne a samo przeklikiwanie się do wybranego linka mozolne, to te drobne niedogodności nagrodzone są możliwością przeczytania dowolnej strony www niczym książki. I nie przesadzam, bo Kindle posiada nawet “article mode” czyli znane chyba już wszystkim Readability. Dla osób które nie wiedzą o co chodzi – strona zostaje odśmiecona, pozostaje jedynie sam tekst i obrazki związane z tekstem. Reklamy, przyciski i wszystkie inne “przeszkadzajki” zostają usunięte. Do nawigacji po stronie używa się przycisków “następna strona” – zupełnie jak podczas czytnia normalnej książki.

Zasilanie

… tylko że… problem z używaniem darmowego 3G (tak, przeglądanie internetu jest całkowicie darmowe – i to na całym świecie!) jest taki, że używanie 3G powoduje iż akumulatorek rozładowuje się w oczach. Tak dosłownie. Nie próbowałem, ale nie wydaje mi się żeby Kindle przy przeglądaniu Wikipedii przez 3G działało znacząco dłużej niż gdyby robić to na iPhone’ie (iPhone wytrzymuje przy używaniu WiFi non-stop około 5 godzin, przy połączeniu EDGE trochę dłużej, przy 3G nie wiem, bo mój zabytkowy iPhonie nie ma 3G).

W każdym razie 2 miesiące bez ładowania to również mit. Ba, nawet miesiąca nie wytrzymuje.

Za pierwszym razem Kindle padło przed tygodniem od pierwszego ładowania (co można zrzucić na to że “bawiłem” się WiFi i 3G), zaś za drugim razem (tym razem bez zabawy z WiFi i 3G) patrząc na wskaźnik baterii szacuję że padnie po mniej niż dwóch tygodniach… ale może po prostu za dużo czytam…

Mówiąc szczerze jestem potwornie zawiedziony. Mój Palm m515 (po wymianie baterii, oryginalna po latach była bezużyteczna) działa od dwóch do trzech tygodni (zależy jak intensywnie czytam), przy czym non-stop działa mu podświetlenie (czytam głównie wieczorem), od czasu do czasu gram na nim w szachy i stale używam go jako budzika…

Co czytać? Amazon…

Kindle jest dla Amazonu tym, czym jest iPhone/iPod/iPad dla Apple albo dowolna konsola dla producenta konsol – pretekstem do zaopatrywania się w ichniejszym sklepie.

Darmowe, dostępne zawsze i wszędzie 3G dodatkowo to ułatwia (a Amazonowe “one-click” jeszcze bardziej – po kliknięciu “kup” nie dostajemy już żadnego potwierdzenia, od razu jesteśmy kasowani i dostajemy książkę).

… tylko że… o ile sam wpadłem kiedyś w szał kupowania w AppStore – a to jakieś gry, a to jakieś bardziej i mniej przydatne programy, o tyle nie widzę się w roli stałego klienta Amazonu.

Podstawowy powód to oczywiście pieniądze. Po pierwsze AppStore aż roi się od gier za $0.99 (czyli 0.79 euro – dosłownie 3 złote). Są oczywiście droższe i takie też kupowałem, ale Amazon podbił stawkę i to dość znacznie.

Po pierwsze Amazon liczy sobie extra za sam fakt mieszkania poza USA – do ceny którą widać w sklepie dolicza dolara lub dwa (co ciekawe – nie zawsze) “za dostarczenie”.

Po drugie Amazon nie ma “płaskiego” cennika – o ile Apple zawsze zatrzymuje sobie 30% wartości zakupionej aplikacji, o tyle Amazon ułożył cennik tak, że wydawcy bardziej opłaca się wydać drożej niż taniej (zatrzymuje tym większy procent im drożej wyda książkę).

… czyżby to była próba uniknięcia AppStore’owego bałaganu związanego z “milionem aplikacji za grosze, w tym 999 tysięcy to zupełny szajs”? A może po prostu nie chce wychować wydawców i klientów na “pokolenie kupujące tylko za grosze”? Nie wiem…

Po trzecie wreszcie, nawet jeśli już zdecyduję się wydać te 10 czy 20 dolarów na książkę… ze zgrozą spostrzegam że wydanie papierowe jest często TAŃSZE niż wydanie elektroniczne… że co?! a ja myślałem że takie rzeczy tylko w empiku…

Można co prawda dostać z Amazonu książkę zupełnie za darmo, ale jest to albo klasyka (czyli to, co i tak można pobrać z gutenberga), albo “promocje” na książki których chyba i tak nikt nie kupuje…

Wiem że marudzę, ale co na to poradzę. Jakoś nie tego się spodziewałem po huraoptymistycznych recenzjach “kupowania w Amazonie”.

Chyba tylko książki “techniczne” są tańsze i prostsze do zdobycia niż ich papierowe, polskie wydania. Przykładowo książkę związaną z programowaniem (której i tak bym nie chciał czytać po polsku, bo zrozumiał bym wtedy mniej niż z oryginału) nabędziemy za $20 (na chwilę obecną jakieś 60zł) czyli co najmniej 20zł taniej niż w księgarni za polskie wydanie.

I z tej właśnie możliwości mam zamiar skorzystać i to nie raz. Wolę nosić ze sobą Kindle z kilkoma takimi książkami, niż nawet jedno, opasłe, 1000-stronicowe tomiszcze…

Co czytać? Nie-amazon…

Przede wszystkim WIKIPEDIA! Kindle to “czytnik online’owej wersji Wikipedii, bez limitów, bez żadnych ukrytych kosztów”. W wersji WiFi tylko w zasięgu WiFi, w wersji WiFi+3G gdziekolwiek gdzie da się złapać zasięg jakiejkolwiek sieci komórkowej. W Polsce i na świecie.

Poza tym (jeśli ktoś już przeczytał całą Wikipedię, albo nie jest nią zainteresowany w pierwszej kolejności) lista źródeł jest tak długa, że nawet nie wiem od czego zacząć.

Paradoksalnie nie od sklepów z ebookami, ponieważ Kindle nie obsługuje (co w sumie nie powinno być niespodzianką) ani formatu ePub ani tym bardziej zabezpieczonego formatu ePub. Co prawda są “magiczne” konwertery, ale jest to niezgodne z regulaminem sklepu i takie tam… więc poczekam sobie na update z natywną obsługą plików ePub a potem znajdę sklep sprzedający niezabezpieczone pliki ePub (a są już takie nawet w Polsce).

Pierwszym miejscem, gdzie warto się udać, jest oczywiście gutenberg. Jest tam masa wszelkiej maści “klasyki”.

Kolejno można czytać te wszystkie składowane przez lata pliki TXT, przykładowo z textfiles.

Wreszcie Kindle pozwala na czytanie tego, czego normalnie nie chce się nam czytać prosto z ekranu komputera.

Przede wszystkim RSS-y (najlepiej takie przygotowane przez Calibre – mają postać “elektronicznej gazety” z podziałem na sekcje i artykuły). W przygotowaniu takiego zestawu RSS-ów bardzo przydatne będzie online’owe narzędzie będące odpowiednikiem Reedera na iPhone’a i Maka – fulltextrssfeed – “rozwijające” skrócone RSS-y w RSS-y z pełną treścią wpisu. Przy czym treść jest wyczyszczona niczym przez Readability a my dostajemy link do “ulepszonego” RSS-a, który można wkleić do dowolnego czytnika (nie tylko Calibre).

Poza tym istnieje wiele stron, na których można znaleźć dzienną porcję interesujących tekstów. Żeby wymienić tylko kilka takich agregatorów, są to:

Jak wrzucić teksty z tych stron na Kindle? Proste. Można użyć Instapaper lub Readability.

Instapaper jest zupełnie darmowy i pozwala zarówno na pobranie pliku (“gazety” z wybranymi przez nas artykułami z internetu) do ręcznego umieszczenia na Kindle, jak również wysłanie go bezpośrednio na Kindle przy pomocy jednego z Kindle’owych adresów email. Jedyny minus jest taki, że w tekstach przygotowanych przez Instapaper brak jakichkolwiek grafik… Co ciekawe tak pobrane pliki to kolejne wydania “elektronicznej gazety”, więc bezpośrednio na liście w Kindle widzimy tylko “najnowsze wydanie”, zaś pozostałe lądują w “archiwum” (które jest dostępne z poziomu menu Kindle tak długo, jak długo archiwalnego wydania nie usuniemy albo z poziomu Kindle albo jako pliku).

Readability działa trochę inaczej – pozwala na wysłanie pojedynczych artykułów prosto na jeden z adresów email przypisanych do Kindle, za to już z grafikami, jeśli są jakieś w tekście (co powoduje dodatkowy bajzel na liście książek w Kindle). Nie wiem czy w wersji płatnej można również pobrać “elektroniczną gazetę” z wybranymi przez nas artykułami, jak sprawdzę to dopiszę czy się da…

Na koniec zostają strony z newsami – zwłaszcza “komórkowe” wersje czyta się bardzo wygodnie. Mając dostęp przez 3G (bądź nawet WiFi), takie serwisy czyta się jak codzienną, poranną gazetę… nie wycinając przy tym kolejnych połaci lasów.

Czytamy… w końcu!

Czytanie jak czytanie. Tu trzeba przyznać, że czytanie z Kindle jest praktycznie jak czytanie z papierowej książki. Co prawda wyświetlacz Kindle nie jest zupełnie matowy jak papier, tylko jakby “zafoliowany”, to sam tekst wygląda zupełnie jakby był wydrukowany. Nie ma żadnych “kątów patrzenia”, nie ma żadnego kombinowania, po prostu przy odpowiednim oświetleniu (bo Kindle nie ma żadnego własnego podświetlenia) czytamy zeń jak ze zwyczajnej książki.

Oczywiście wprawne oko z łatwością dostrzeże piksele (wyświetlacz Kindle to nie jest żadna magia, on naprawdę ma rozdzielczość 600×800 i naprawdę widać na nim najnormalniejsze w świecie piksele). Jednakże ogromnym plusem jest to, że te piksele nie mają żadnych odstępów między sobą (przykładowo na wyświetlaczach LCD co lepsze oko zauważy wyraźną, czarną siatkę pomiędzy pikselami, choć oczywiście zależy to jeszcze od konkretnego wyświetlacza) więc przy normalnej odległości czytania tekst wygląda “jak wydrukowany”.

Co prawda wyświetlacz Kindle nie działa jak typowy “lustrzany” wyświetlacz komputerowy czy wyświetlacz iPada, który przy jasnym oświetleniu z powodzeniem może zastąpić lusterko, to jednak przez to że jest “jakby zafoliowany” wciąż odbija wyraźne plamy światła – czego normalny papier nie robi (chyba że kredowy).

Więc co prawda nie zobaczymy w Kindle odbicia własnej twarzy, ale źródło światła (lampkę nocną, słońce) już tak… i bardzo utrudnia to czytanie bo odruchowo chcielibyśmy ustawić Kindle w pozycji najlepiej odbijającej światło, ale wtedy zamiast tekstu widać jasną plamę.

I tu niestety napotykamy podstawowy problem… Kindle wymaga światła. Można co prawda kupić burżujsko-lansiarską okładkę z diodowym światełkiem, ale raz że kosztuje majątek (i uważam że cena nie usprawiedliwia “funkcjonalności”) a dwa że czerpiąc energię wprost z akumulatorka czytnika dodatkowo obniża czas czytania bez ładowania…

Co prawda niby można wygrzebać gdzieś jakąś nieużywaną od lat lampkę nocną, niektórzy wręcz mówią że tylko “czytanie w świetle odbitym” jest zdrowe dla oczu… ale tak naprawdę skończyło się na tym, że co prawda w dzień i wieczorem czytam na Kindle, ale w nocy przed snem wciaż czytam z Palma (tak do snu, już ze zgaszonym światłem).

Jeśli jednak zapomnieć o tym mankamencie, samo czytanie na Kindle to czysta przyjemność. Jeśli ktoś ma taki czy inny powód, dla którego nie lubi czytać z wyświetlacza LCD, to tu już nie ma żadnej wymówki.

Czytając strony przewraca się przy pomocy dużych i wygodnych przycisków znajdujących się po bokach czytnika. W najnowszym modelu po obu stronach znajdują się dwa przyciski (poprzednia/następna strona), więc czytnik równie dobrze można obsługiwać lewą jak i prawą ręką.

Ciekawostką jest, że przyciski te nie znajdują się na przedniej powierzchni czytnika, tylko na krawędzi (i zawijają się poza krawędź). Problem z tym związany jest taki, że jeśli ktoś nieopatrznie złapie czytnik za krawędź przy przyciskach – a bardzo łatwo zrobić to odruchowo – złapie tak naprawdę za przyciski.

Jeśli w czasie czytania wcisnąć przycisk pięciokierunkowy, na stronie pojawi się kursor pozwalający na zaznaczenie tekstu, wstawienie komentarza oraz sprawdzenie słowa, przy którym się znajduje, w jednym ze znajdujących się na Kindle słowników.

Standardowo są to słownik angielski-brytyjski i angielski-amerykański (oba Oxford, ale Amazon posiada z 10 innych, które można kupić jak każdą inną książkę).

Po ustawieniu kursora przy wybranym słowie, na górze lub dole wyświetlacza pojawia się dwulinijkowa, skrócona definicja. Po wciśnięciu “enter” przechodzimy do pełnej definicji w wybranym słowniku (w ustawieniach można wybrać który słownik jest domyślnie używany w czasie czytania).

Poza tym wszystkie słowniki znajdujące się na Kindle można czytać jak każdą inną książkę z tą różnicą, że standardowo można je przeszukiwać jak każdy słownik wpisując po prostu szukane słowo.

Nie tylko czytanie

Kindle ma ciekawą cechę. Posiada wbudowany syntezator mowy. Standardowo czyta tylko po angielsku (do wyboru męski i żeński głos oraz trzy prędkości czytania), ale jak czyta. Czyta rewelacyjnie (przynajmniej głos męski). Jest to najlepszy syntezator mowy jaki do tej pory słyszałem – swobodnie pozwala to na posłuchanie czegoś przed snem albo w autobusie (do Kindle można podłączyć słuchawki), zamiast słuchania audiobooka (nagranego przez lektora czy po prostu przygotowanego wcześniej na komputerze) można posłuchać dowolnego pliku TXT, dowolnej książki, czy nawet RSS-a.

Oczywiście takie “czytanie na głos” zużywa baterię szybciej, a poza tym większość książek zakupionych na Amazonie ma zablokowaną możliwość czytania przez syntezator – okazało się że była to zbyt duża konkurencja dla audiobooków (sic!).

Co prawda nie doczekamy się raczej oficjalnej obsługi czytania po polsku (nie zanosi się nawet na czytanie po niemiecku), ale już znaleziono sposób jak umieścić na Kindle polską Ivonę… nie pytajcie jak, jak bardzo chcecie wiedzieć zapytajcie wujka Google.

Rozczarowania

Po ponad dwóch tygodniach obcowania z Kindle… jestem mówiąc szczerze nieco rozczarowany.

Żywotność… żywotność Kindle bez ładowania jest zdecydowanie lepsza niż wszystkiego z czego do tej pory czytałem (może poza Palmem), ale jest zdecydowanie gorsza niż ta, na którą liczyłem i która jest w końcu reklamowana.

Do tego nawet jako “takie coś do czytania internetu na spokojnie” Kindle się średnio nadaje ale nie z powodu kiepskiej przeglądarki, co zdają się sugerować różne recenzje, tylko właśnie z uwagi na żywotność baterii. Nie mija dwie-trzy godziny czytania Wikipedii (czyli typowo: czytanie wybranego artykułu na spokojnie, poskakanie po linkach, potem znowu przeczytanie dłuższego artykułu, potem znowu poskakanie po linkach etc.) a jest praktycznie w połowie rozładowana.

Samo wykonanie jest niezłe, ale przyciski do przewracania stron, mimo iż wciąż sprawiają dobre wrażenie, już po trzech tygodniach czytania są powciskane i zapadnięte przy krawędziach. Ciekawe jak będą wyglądać (i co ważniejsze działać) za powiedzmy pół roku…

Dalej, marna wygoda używania “pięciokierunkowego” przycisku do obsługi kursora (ale to nie tylko w przeglądarce, również po menu)… po tym jak poczytałem sobie Wikipedię na booksie 60 (który ma dotykowy wyświetlacz), czytanie Wikipedii na Kindle to mordęga… doklikać się do wybranego linku… a potem do kolejnego… i kolejnego…

… do tego stopnia jestem rozczarowany Kindle jako “czytnikiem Wikipedii, zawsze i wszędzie” że rozważam jeszcze kupno WikiReadera tylko w tym celu… ja naprawdę UWIELBIAM czytać Wikipedię. Tylko WikiReader nie wyświetla obrazków (wiadomo) i ponoć tabel… za to wyświetla już wzory matematyczne i nie ma problemów z Unikodem. No i jest mały, długo działa na dwóch standardowych bateriach AAA i ma dotykowy wyświetlacz (ważne przy przeklikiwaniu się przez linki na Wikipedii). Choć tak jak Kindle nie ma podświetlenia wyświetlacza…

BONUS! Niedawny update firmware’u pozwala załadować na WikiReader wszystkie książki z gutenberga… encyklopedia + niemała biblioteka w kieszeni… więc robi się z niego “mały Kindle”…

Ale wracając jeszcze do Kindle…

Wbrew temu na co liczyłem, pomimo pierwszego dobrego wrażenia, z Kindle (przynajmniej nie “małego” Kindle, z Kindle DX na pewno tak) czytnik PDF-ów praktycznie żaden. Nawet jeśli ustawienie “lepszego kontastu” (tak naprawdę jest to bardziej odpowiednik suwaka “gamma” niż “kontrast” w programie graficznym, poza tym działa nie tylko na tekst ale i na obrazki) w pliku PDF poprawi czytelność samych liter, to te litery są wciąż zbyt małe i zbyt rozpikselowane aby je komfortowo czytać. A obracanie Kindle na bok skutkuje tylko niewygodnym przewijaniem strony i okazyjnie “rozciętymi w pół” grafikami (po odwróceniu na bok nie działa “precyzyjne przewijanie”). A szkoda, bo Kindle renderuje PDF-y wprost rewelacyjnie. Jeszcze nie znalazłem takiego, którego by nie wyświetlił niezależnie od ilości grafik, wzorów, kodu czy czegokolwiek.

Brakuje mi również narzędzia do przerabiania stron HTML do formatu dla Kindle. I nie mam na myśli prostej konwersji pojedynczych plików HTML przez Calibre czy nawet przez wysyłkę na adres email Kindle, tylko całej struktury plików HTML z obrazkami i wewnętrznymi linkami pomiędzy plikami. Najlepiej jeszcze, jakby taki program połączony byłby z automatycznym pobieraniem wskazanej strony prosto z internetu… i nie jest to żaden wymysł, bo nawet na Palma takie coś miałem – zwie się to Plucker. Pobierałem sobie tym, a potem czytałem na Palmie, przykładowo fragmenty Wikipedii, jakieś strony www “do poczytania na spokojnie”, tutoriale z sieci, a nawet RSS-y.

Nie mówiąc już o przerobieniu sobie do formatu Kindle “interaktywnych” książek w stylu serii Lone Wolf, znanych również jako “jednoosobowe, papierowe gry RPG”.

No i to czytanie wieczorami, już do poduszki. Może to tylko kwestia przyzwyczajenia, ale nie umiem już czytać przy świetle przed snem… a może mam złe wspomnienia po latach dwóch kierunków studiów – wtedy, ledwo widzącymi oczami, do poduszki czytało się zupełnie inne rzeczy…

Rekomendacja

Wbrew raczej “mało entuzjastycznemu” tonowi recenzji, mogę śmiało zarekomendować Kindle każdemu, kto zastanawia się nad kupnem czytnika. Jest to wygodny i solidny czytnik, który bez wątpienia pomoże wzniecić ledwo tlący się ogieniek czytelnictwa… w sumie jak sama nazwa na to wskazuje.

Jednak noszenie Kindle i czytanie na Kindle to coś innego niż nawet iPad, nie mówiąc w ogóle o jakichś notebookach i netbookach. Zupełnie nie ten poziom wygody, nie ma też żadnych “przeszkadzajek” w stylu “a może w coś pogram”, “a może coś innego porobię”, “a może komunikator włączę”. Po prostu można się skupić na przyjemności czytania.

A z drugiej strony czytanie na Kindle jest też wygodniejsze niż czytanie z komórki czy z jakiegoś PDA, choć kupno jakiegoś PDA na allegro wciąż wychodzi taniej.

Tylko dwie uwagi.

Po pierwsze warto zastanowić się czy na pewno potrzebujemy 3G. Dopłata wynosi 150zł za coś, czego – jak się okaże – możemy nie wykorzystywać w praktyce wcale lub prawie wcale. Ale może właśnie warto mieć to na zaś, w końcu jest to darmowy dostęp do internetu działający także na wakacjach za granicą (choć niby mamy oficjalnie w Polsce darmowy internet, ale praktycznie jakby go nie było).

Po drugie jeśli chcemy kupować polskie ebooki w polskich sklepach, to będą to najczęściej zabezpieczone pliki ePub, których Kindle nie obsługuje.

Druga część recenzji.

Tagged with:
 

9 Responses to Kindle – recenzja (nie do końca pochlebna)

  1. Szymon says:

    Malkontent;) albo masz jakiegoś uszkodzonego kindla, moj 3rd gen (bez 3g) trzyma tygodniami, chociaż nie czytam ostatnio tak dużo, ale nawet jak czytałem książkę co 2-3 dni, to trzymał bardziej niż przyzwoicie. Teoria mówi że eink zużywa prąd tylko podczas odświeżania ekranu, wiec powinno to być bez znaczenia, może zostawiłeś go z włączonym wifi albo 3g?

  2. KHRoN says:

    A może po prostu za dużo czytam…

    Co do zużycia prądu to fakt, ale to bierze pod uwagę jedynie zużycie przez wyświetlacz a nie całą resztę elektroniki… nie wiem czy Kindle wyłącza się tak jak Palm kiedy przechodzi w stan czuwania, czy nie.

    Poza tym ostatnio czytałem o wyświetlaczach LCD “zero display energy” – mają identyczną cechę co eink, nie zużywają energii poza “zmianą stanu” (oraz ewentualnym podświetleniem).

    Co do WiFi/3G to bawiłem się tym przez dwa dni (kiedy to uznałem że są jednak zbyt prądożerne) i od tamtej pory włączyłem sieć może dwa razy na całe 15 minut łącznie… samo włączenie sieci to zauważalny wysiłek dla baterii – z wyłączoną siecią Kindle wytrzymuje mi 2 tygodnie (tyle ile ma wytrzymać z włączoną siecią)…

  3. Szymon says:

    Czytasz więcej niż jedna ~300 stronicowa książkę na 2-3 dni? My hero;>

    Poza trochę niewygodnym interfejsem i zbędną klawiatura kindle3 to chyba jeden z lepszych czytników w tej chwili;) pominę fakt marudzenia na temat epubów – książki wrzucam raz na miesiąc albo i rzadziej.

  4. KHRoN says:

    W sumie ciężko stwierdzić ile czytam, bo ilość stron (czy nawet “lokacji”) na Kindle ma się nijak do właściwej objętości (licząc w stronach) książki ;)

    Choć już oceniłem sobie, że – jeśli jeszcze dobrze pamiętam – 2000 lokacji to mała książka, 4000 lokacji to normalna książka, 6000 lokacji to gruba książka :)

    To takie 2000 lokacji to jeden wieczór czytania (nie licząc przeczytania “przy okazji” czegoś z Instapaper albo ogólnie czegoś innego, np. fragmentu innej książki).

    Najbardziej pozytywnym aspektem tego wszystkiego jest to, iż mniej siedzę przed kompem a więcej staram się wychodzić na słońce i czytać… ciekawe na ile jest to chwilowy zachwyt nową zabawką a na ile stały wzrost pozuomu czytelnictwa ;)

  5. Voter101 says:

    Propo czytania w nocy: kupiłem sobie o takie coś: http://www.dealextreme.com/p/double-head-flexible-neck-reading-lamp-light-with-clip-3-aaa-41732 . Jestem zachwycony, tylko niestety jest to trochę nieporęczne (można zwinąć w kółko, żeby zajęło mało miejsca) i wymaga dodatkowej okładki (ja używam najtańszej z Allegro), gdyż na gołego Kindla się tego nie da przymocować. Zasilane 3 AAA, ale na obudowie jest także miejsce na podpięcie jakiegoś zasilacza.

    Ja ładuję Kindla ładowarką sieciową za 3 zł “do iPoda”. Działa idealnie, tylko raz mi się zdarzyło, że po całej nocy leżenia pod prądem, okazało się, że Kindle wcale się nie ładował. Całe szczęście ja nie używam WiFi (3G nie mam) i w 20 minut udało mi się wystarczająco podładować.

    Kindle nie jest dla Polaków. To trzeba sobie otwarcie powiedzieć. Legalnie książek nie kupisz, a na warezach poza najpopularniejszymi pozycjami, ciężko jest coś znaleźć (np. książki biznesowe, podręczniki). Za to zbiory w j. angielskim są olbrzymie i nie trzeba zbytnio kombinować, żeby coś znaleźć.

  6. KHRoN says:

    Nie chciałem kupowac “okładki ze światełkiem” bo uważam że jest mało użyteczna jak na swoją cenę, ale faktycznie zacząłem się zastanawiać nad innym oświetleniem niż lampka nocna…

    … choćby latarka diodowa na czoło O_o

    Ale potem uznałem że ani to wygodne ani przyjemne dla oczu, ale i tak kiedyś przy okazji wypróbuję ten patent.

    Z ładowaniem nie miałem problemu, używam oryginalnej ładowarki do iPhone’a (nawet mimo tego iż Kindle 2G miał – niby – z nią problemy). Chyba że właśnie “krótkie działanie” jest problemem wynikającym z używania “nieodpowiedniej ładowarki”…

    Co do legalnego kupowania książek – coś tam kupisz, zwłaszcza że dla mnie nie ma znaczenia czy czytam po polsku czy po angielsku, ale ceny wciąż są zabójcze…

    … ebooki to złoty biznes – zerowe koszta własne, ceny niemalże takie same jak za wydania papierowe…

  7. Voter101 says:

    Jeżeli chcesz wypróbować taki patent to pamiętaj, że przesyłka z Chin idzie od jednego do sześciu tygodni. ;) Ja polecam, bo lampkę z DealExtreme ustawiam z boku czytnika i jedną z czterech diód podświetlam sobie całość. :) A wygoda – w całkowitej ciemności super. Całkowity koszt okładka + lampka to jakieś 40 zł, więc w porównaniu do około 200 zł za okładkę Amazona, jest różnica.

  8. KHRoN says:

    Nie miałem na myśli takiej konkretnej lampki, miałem na myśli lampkę którą uda mi się kupić w sportowym czy narzędziowym…

    … nie mam ambicji posiadania “lampki dedykowanej, przyczepianej do samego czytnika” – najpierw chcę sprawdzić, czy przy diodach da się w ogóle czytać i jak to wygląda.

    Jeśli okaże się, że się da i jest to przyjemne/wygodne, to pewnie kupię sobie pod dowolnym pretekstem burżujską okładkę ze światełkiem…

    Na razie na wiele nie liczę, jakoś nie widzi mi się “czytanie z latarką”, to już nie czasy podstawówki i czytanie pod kołdrą :)

  9. [...] jakiś czas temu napisałem recenzję Kindle (mam Kindle 3G, znane obecnie jako Kindle Keyboard 3G). Dość szczegółowo opisałem sam [...]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.